Wakacyjny szlak z Bogiem

Zakończenie roku formacyjnego 2020/2021
7 lipca 2021

Bardzo lubię mój parafialny kościół. To jedno z takich miejsc, do którego wchodzę i czuję się jak w domu po odbyciu długiej podróży.

Wieczorna adoracja w ciszy. Czułam w powietrzu zapach kadzidła wymieszany z tym, jak pachnie świątynia. Tak specyficznie, kojąco… Wpatrywałam się w Najświętszy Sakrament bez słów, bo tylko na tyle było mnie stać. Gdzieś w tle, za plecami słyszałam szum miasta i aut zmierzających na Hel. Wymieszały się dwa światy – cisza i pośpiech, a ja gdzieś pośrodku. Zwyczajnie trwałam.

Zaczęły się wakacje i czas odpoczynku, choć ci, którzy mają w domu dzieci pierwszych klas i przedszkolaki mogą odczuć coś odwrotnego. To mimo wszystko jest taka chwila, gdy większość z nas ma więcej energii, gdy obostrzenia covidowe nie panoszą się tam i tu, gdzie wieczory są dłuższe, a zapach powietrza po deszczu kojący. To być może jest taki moment, który jest szansą. Na spotkanie, na oddech pełną piersią, na jakiś ruch, zmianę, próbę czegoś nowego.

Przed nami wiele dni lata – co zrobić by tego czasu zwyczajnie nie zmarnować? Może noszę w sobie od dawna jakieś pragnienie albo pasję, którą ciągle odkładam na potem? Może dziś zamiast scrollować Facebooka pomyślę, jak zacząć ją realizować? A może tu i teraz jest czas na to, by pooddychały nie tylko moje płuca, ale i życie duchowe nabrało nowego blasku?

Mój ulubiony święty – Ignacy Loyola miał niezwykłą umiejętność odnajdywania Boga w codzienności. Nie tylko w kościele, ale również w codziennych rozmowach, obowiązkach, w ludziach. Bardzo podoba mi się określenie „bycia kontemplatywnym nawet pośrodku działania”. Takie szukanie Boga we wszystkich rzeczach stało się kiedyś dla mnie źródłem odkrywania Jezusa na nowo. Z zupełnie innej perspektywy.

Co jednak wspólnego mają z tym wspomniane wakacje?

Lato to często czas wyjazdów. Lubię wchodzić do kościołów mijanych gdzieś na trasie. Wczuwać się w ich klimat w taki sposób, by zobaczyć nie tylko mury, ale i to co na pozór niedostrzegalne. Poczuć zapach, popatrzeć na światło odbijające się w witrażach, zobaczyć stare konfesjonały z wytartymi klęcznikami i podziękować za to miejsce – bo tam sacrum styka się z profanum, codzienność z czymś na pozór nieosiągalnym. Lubię takie miejsca odkrywać tak, by nie tylko patrzeć na nie intelektualnie, ale też sercem.

Poranki w nowym miejscu to szansa na usłyszenie śpiewu ptaków, szumu który usłyszeć możemy tylko tam. Lubię zaczynać dzień od tego, by stanąć w progu z kubkiem kawy i nasłuchiwać. Dziękując Bogu za to, że jest. W cieple i sile kawy. W tym szumie, który znany i nieznany jednocześnie, sprawia, że można wsłuchać się w siebie. Czasem to boli, czasem koi. Warto jednak to ryzyko podjąć.

Lato to czas większej energii, sił. Noszę w sobie ogromne pragnienie, by w tym roku zasmakować czegoś nowego, zobaczyć swoje życie duchowe, modlitewne z nowej perspektywy. Jaki mam sposób na modlitwę tu i teraz? Dla mnie na obecny moment będzie to mój parafialny kościół, z otwartym na co dzień przedsionkiem. Chcę wchodzić do niego jak najczęściej, choćby tylko na chwilę. Czy to coś zmieni? Nie wiem. Nie oczekuję rewolucji, choć moje skołatane nerwy błagają o ukojenie. To jednak jakieś wybicie z letargu, z przyzwyczajeń, z tego co przestało karmić już dawno.

Chcę jeszcze bardziej nauczyć się dostrzegać małe rzeczy i za nie dziękować. Za smaczne lody i mrożoną kawę w upał. Za panią, która nałożyła mojemu dziecku na gofra podwójną ilość czekolady. Za dziecko biegające po parku, które uczy mnie dostrzegania skarbów w małych sprawach. Za to, że mam szansę to wszystko widzieć, smakować i czuć.

Lubię modlić się muzyką. Ostatnio męczę wkoło utwór „Daj mi pić” znaleziony na youtubie Langusty na palmie. Wczoraj w kościele poczułam jednak pewne niespełnienie. Bardzo lubię stare pieśni. Niby zamulające rytmy, mało atrakcyjny tekst… Z drugiej strony zaczynam czasem podśpiewywać stare pieśni stojąc wieczorem przy balkonowym oknie – takiej modlitwy nie praktykowałam nigdy wcześniej. Słowa mieszają się z kończącym się dniem, jego trudami, tym co było radością, ale i porażką.

Gdy po wielu upalnych dniach na Pomorzu spadł deszcz, pootwierałam wszystkie okna, by w domu zrobiło się ciut chłodniej. Usiadłam przy jednym z nich z Biblią, czując zapach powietrza. Wczytywałam się we fragment, gdy Maria Magdalena płacze przy pustym grobie. Tak jakby ten deszcz za oknem współgrał z tym, co w tym fragmencie widziałam i czułam. Czy pozwolę się zawołać po imieniu? Czy chcę uwierzyć, że tego lata Jezus chce mi się dać poznać? Tutaj, teraz, bez zbędnych przygotowań.

Może by tak też rzucić wszystko i pojechać nie w Bieszczady, ale na rekolekcje? W ciszy, na kilka dni. Tylko ja i On. Kawa wypita na tarasie, spacer, adoracja, medytacja Pisma Świętego, cisza… Wiem, że w tym roku nie mam takiej możliwości, ale ma ją mój mąż. Cieszę się z tego, że będzie mógł spotkać się z ciszą, Bogiem i samym sobą. To przemienia, bardzo…

60 dni wakacji. Tylko tyle i aż tyle. Jesień może zaskoczyć kolejną falą pandemii, obostrzeniami, problemami, troskami. Ciągle ich wiele, więc może warto choć na moment zaczerpnąć z tego lata – by mieć siły na to, co przed nami. By móc potem te siły podzielić wśród potrzebujących, których mamy wokół siebie.

To wszystko jest możliwe, dla każdego. Nie ma jednej miary dla każdego serca i ducha. Każdy jednak ma takie same szanse na zmianę, na głębię, na spotkanie i karmienie swojego serca. Pytanie tylko czy tę szansę dostrzeżemy i będziemy chcieli z niej skorzystać…

————————————————-
Magdalena Urbańska
tekst pierwotnie ukazał się na portalu deon.pl